ZSTĘPNIAK #1. OD SĄSIADA DO SĄSIADA

Mieszkam od urodzenia na krakowskim osiedlu jakich wiele; raczej bliżej niż dalej centrum. Z niepokojem obserwuję rugowanie i ustawiczne wymazywanie potrzeb zwykłego mieszkańca takiego osiedla, co sprawia, że jest on najczęściej jedynie kibicem i biernym widzem tych smutnych zmian. Erozja pod- stawowych struktur społecznych następuje – rzecz jasna – nie od dzisiaj, ale ostatnio jest zauważalna coraz bardziej dotkliwie.

Wytrzebienie małych, rodzinnych sklepików przez wielkoformatowe dyskonty. Owszem, tanie – ale trudno dostępne ze względu na odległość, często kilkukilometrową. Nie każdy może korzystać z hulajnogi, nie wszyscy mogą dźwigać promocyjne ilości zakupów własny- mi siłami. Drożyzna dotyka nie tylko usług komercyjnych, ale i podstawowego zaplecza socjalnego: kilkukrotne na przestrzeni ostatnich dwóch lat podwyżki czynszów spółdzielni mieszkaniowych wynikają nie tylko z niegospodarności lokalnych zarządów, co z rosnących lawinowo kosztów infrastrukturalnych, nad którymi nikt nie panuje. Urągająca rozsądkowi logistyka prowadzonych jednocześnie [!] remontów kluczowych punktów komunikacyjnych, tendencyjnie planowa- na pod oczekiwania deweloperów skutkuje paraliżem miasta niespotykanym nigdzie poza Warszawą. Dwutorowa narracja

o naszym mieście opisuje równoległe, niepowiązane ze sobą krakowskie rzeczywistości. Wysportowany i uśmiechnięty krakus jadący do biura rowerem z przyczepką z rozradowaną pociechą odwożoną właśnie do przedszkola z jednej strony; z drugiej zaś – starszy człowiek zagubiony w gęstwinie bezładnych, nieporadnych, pseudorozwojowych inicjatyw. Szampańska zabawa turystów spoglądających na Zamek Wawelski w rytm pulsującego, nowoczesnego bitu o natężeniu grubo ponad 80 dB oraz komfortowe samopoczucie klientów najmu krótkoterminowego nie może być usprawiedliwieniem nękania i krzywdy zwyczajnego mieszkańca.

Dochodowa turystyka będąca tymczasowym remedium na budżetową dziurę, oraz rozbawiona, studencka, młodzieńcza chęć użycia i zabawy to pstrokaty i wielobarwny parawan, który ukrywa smutną prawdę o bezradności i cierpieniu całej rzeszy pozostałych mieszkańców Krakowa. Postępująca dysfunkcja i rosnące proporcjonalnie do niej zadłużenie – tym skutkuje scedowanie kwestii rozwojowych grupie ludzi o wyraźnie sprofilowanej wizji naszego miasta jako udzielnego księstwa o folwarcznej dynamice nagradzania zasług, nadawania przywilejów i glejtów. Poprzedni nasz wieloletni [P]rezydent posiadł w jakimś tam stopniu umiejętność balansu i kompromisu, oraz jednak znał – jak się teraz okazuje – pojęcie umiaru. O naszym nowym wodzu i jego familiarnej optyce w żaden sposób nie można tego powiedzieć.

Kilkudziesięciu entuzjastów rozsianych po samorządach, domach kultury i klubach nie wystarczy, by znacząco wpłynąć na zmianę sytuacji. Dzięki pracy wielu uczciwych miejskich urzędników, którzy sami zmagają się z efektami „epidemii kolesiostwa”, nasze miasto jeszcze jakoś funkcjonuje. Może więc to ostatni moment, by WSPÓLNE działanie, czyli inicjatywa rosnącej dynamicznie grupy znających się od lat tubylców – przywróciła nasze miasto jego mieszkańcom. Powinniśmy pamiętać, że to nie MY jesteśmy darmową siłą roboczą funkcjonującą jako dekoracja w ZOMBIELANDZIE dla turystów, ale to MY jako mieszkańcy jesteśmy PRACODAWCAMI miejskich Radnych, Prezydenta oraz innych ludzi korzystających z publicznych środków.

I mamy prawo wymagać szacunku oraz obrony naszych interesów.

Wojciech Piechoński