Gdyby chcieć znaleźć jeden mianownik dla ostatnich decyzji krakowskiego magistratu, byłoby nim słowo „niespójność”. Władze miasta zdają się realizować kilka sprzecznych ze sobą strategii jednocześnie, tworząc system, w którym mieszkaniec przegrywa na każdym polu. Z jednej strony słyszymy o konieczności rezygnacji z samochodów na rzecz ekologii i dbania o zdrowie najmłodszych, wdrażana jest Strefa Czystego Transportu i podnoszone są opłaty za parkowanie, z drugiej – w tym samym momencie – miasto planuje podnieść ceny biletów, ogranicza kursowanie tramwajów i rezygnuje z kluczowych inwestycji.
Zarządzanie nowoczesnym miastem opiera się na prostej umowie społecznej: ograniczamy ruch indywidualny, ale w zamian dajemy szybki, tani i niezawodny transport zbiorowy. W Krakowie ta zasada została postawiona na głowie. Ratusz sięga po kij w postaci restrykcji, ale marchewkę – czyli sprawnie działające MPK – właśnie postanowił schować głęboko do kieszeni.
Płacisz więcej, czekasz dłużej… o komforcie lepiej nie wspominać
Najbardziej jaskrawym dowodem na ten dysonans jest sytuacja w komunikacji miejskiej. W dobie promowania zrównoważonego transportu logicznym krokiem byłoby zagęszczanie siatki połączeń i zachęcanie do przesiadki z samochodu do tramwaju atrakcyjnymi cenami. Tymczasem Kraków idzie w dokładnie odwrotnym kierunku. Podobno dziura budżetowa wymusiła cięcia kursów, co w godzinach szczytu oznacza powrót do obrazków znanych z lat 90. – przepełnionych wagonów, do których pasażerowie wchodzą „na wdechu”. Można się spodziewać, że taką polityką pasażerów będzie raczej ubywać niż przybywać, a ci, którzy mieli przesiąść się z samochodu do MPK, nawet nie będą o tym myśleć. Tym samym – wpływy z biletów będą się kurczyć, ruch będzie zamierać, redukowane będą kolejne linie… znamy ten schemat dość dobrze z czasów, gdy w podobny sposób zwijano polską kolej.
Jakby tego było mało, za ten wątpliwy komfort przyjdzie nam zapłacić stawkę premium. Projektowane podwyżki cen biletów, sięgające nawet 43 procent (co wywinduje cenę biletu godzinnego do 8 złotych), sprawiają, że transport publiczny przestaje być konkurencyjną alternatywą. Trudno uznać to za zachętę do porzucenia auta, zwłaszcza gdy spojrzymy na stan techniczny taboru i torowisk. Niedawny incydent na ulicy Starowiślnej, gdzie szyna przebiła podłogę tramwaju, to przykry symbol infrastrukturalnej zapaści. Pasażer ma więc płacić jak za zboże, podróżować rzadziej i liczyć na to, że akurat jego tramwaj dojedzie do celu w jednym kawałku.

Kraków zwija inwestycje na komunikację miejską
Skalę problemu obnażają twarde dane, które przeanalizowała Platforma Komunikacyjna Krakowa (PKK), biorąc pod lupę projekty budżetów dużych polskich miast na rok 2026. Wnioski są druzgocące. Z kwotą 1,055 mld zł Kraków zajmuje co prawda drugie miejsce w Polsce pod względem kwoty ogólnej, ustępując jedynie Warszawie, ale wygląda to imponująco tylko do momentu, gdy spojrzymy głębiej w statystyki. W przeliczeniu „na mieszkańca” spadamy na 5. pozycję (1 301 zł/os.). Wyprzedzają nas nie tylko Warszawa (2 633 zł/os.), ale też Gdańsk (1 757 zł/os.), Poznań i Wrocław. To spora różnica, która realnie przekłada się na częstotliwość kursowania i tłok w pojazdach. Jeszcze bardziej niepokoi inna statystyka: udział wydatków na transport zbiorowy w całkowitym budżecie miasta. Tutaj zamykamy stawkę z wynikiem zaledwie 9,32%, podczas gdy Warszawa przeznacza ponad 15%, a Gdańsk i Poznań ponad 12%. Nawet Łódź i Szczecin procentowo wydają na transport więcej niż my. Należy pamiętać, że są to kwoty wyłącznie na bieżące utrzymanie (paliwo, prąd, pensje), a nie na nowe inwestycje. Mieszkańcy nie kryją rozgoryczenia taką „strategią” miasta, komentując sytuację z gorzką ironią:
„Cel na 2026 rok? Zachęcić 410 324 mieszkańców Krakowa do spakowania walizek. Wtedy wyjdziemy na prowadzenie” (pisownia po korekcie – przyp. red.).
Dziura w budżecie to jednak nie tylko statystyka. Jak donosi portal LoveKraków.pl, miasto planuje drastyczne cięcia wydatków bieżących – nawet o 20 procent! Ostrze „optymalizacji” uderzy w dwa kluczowe dla bezpieczeństwa sektory: komunikację miejską oraz oświetlenie uliczne. W praktyce może to oznaczać nie tylko rzadsze kursy tramwajów, ale i wyłączanie latarni.
Czy musimy zaciskać pasa? Okazuje się, że niekoniecznie, gdyby tylko ktoś potrafił liczyć i zarządzać majątkiem miasta. Bierność urzędników w modernizacji infrastruktury kosztuje nas fortunę. Dosadnie punktuje to Łukasz Wantuch, były radny i Wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa, który wskazuje na gigantyczne marnotrawstwo w kwestii oświetlenia:
„Tracimy 1 mln zł MIESIĘCZNIE, gdyż mamy stare, sodowe lampy. Gdyby 5 lat temu ZIKIK zrobił to co proponowałem, to już dawno mielibyśmy spłaconą inwestycję i gigantyczne oszczędności”.
Zamiast więc oszczędzać miliony dzięki mądrym inwestycjom, miasto woli teraz „gasić światło” i ciąć kursy kosztem bezpieczeństwa i komfortu mieszkańców.
Kierowca w biurokratycznym labiryncie
Skoro komunikacja miejska staje się powoli w Mieście Królów dobrem luksusowym, wielu mieszkańców skłania się ku własnym samochodom i trudno się im dziwić. Tutaj jednak zderzają się z kolejną ścianą, zbudowaną z fiskalizmu i biurokracji. Plany rozszerzenia Strefy Płatnego Parkowania o niedziele oraz wydłużenie czasu pobierania opłat do godziny 22:00 w dni powszednie, to sygnał, że samochód w Krakowie ma służyć głównie do generowania przychodu dla miasta.
Jednak największy chaos i systemowa hipokryzja panują wokół Strefy Czystego Transportu. Miasto wdraża skomplikowany system monitoringu wizyjnego, który ma skanować tablice rejestracyjne wjeżdżających aut. Brzmi nowocześnie? To tylko pozory. Choć kamery wyłapią każdego, kto nie spełnia norm, system jest bezzębny – polskie prawo nie pozwala na automatyczne wystawianie mandatów na podstawie zapisu wideo. Kamery będą więc jedynie „suflować” informacje patrolom służb, a faktyczna kara zależy od tego, czy policjant lub strażnik miejski fizycznie zatrzyma kierowcę do kontroli. Mamy więc technologiczną fikcję: z jednej strony zmusza się mieszkańców – w tym seniorów powyżej 70. roku życia czy osoby niepełnosprawne – do składania wniosków o nalepki i rejestracji w systemie pod rygorem kar, utrudnia się ludziom dotarcie do szpitali, a z drugiej tworzy się dziurawe sito, w którym egzekucja prawa jest loterią zależną od dostępności patrolu na ulicy. Rozwiązania tego typu krytykują nawet zwolennicy wprowadzenia Stref Czystego Transportu. Po co tworzyć kolejną fikcję?

Metro w garażu, wycinka drzew i odcięta Nowa Huta
A co z metrem? No cóż, media ujawniają kolejne absurdy projektowe. Pierwszy przykład z brzegu? Proszę bardzo. Na jednym z odcinków projektanci wyznaczyli przebieg tunelu w taki sposób, że koliduje on z… podziemnym garażem istniejącego apartamentowca przy ulicy Reymonta. Mieszkańcy są przerażeni wizją pociągów kursujących tuż pod ich samochodami i wpływem drgań na konstrukcję budynku. To, że w ogóle rozważa się taki przebieg, świadczy o kompletnym oderwaniu planistów od tkanki miejskiej. Do tego dochodzi kwestia zieleni. Budowa pierwszej linii ma się wiązać z gigantyczną wycinką drzew w Parku Szymborskiej przy ulicy Karmelickiej, który powstał (sic!) w ramach Budżetu Obywatelskiego. Jest to o tyle szokujące, że ten sam park miasto niedawno z wielką pompą otwierało jako „zieloną oazę” w zabetonowanym centrum, wywalczoną przecież przez samych mieszkańców. Teraz, w imię „ekologicznego transportu”, piły mają pójść w ruch.
Jednak szczytem hipokryzji jest to, co dzieje się równolegle w Nowej Hucie. Podczas gdy miasto roztacza wizje o podziemnej kolei, największa dzielnica Krakowa walczy o… przywrócenie podstawowych połączeń, które po cichu zlikwidowano. Mieszkańcy Nowej Huty coraz głośniej domagają się powrotu linii tramwajowych nr 16, 44 i 75 oraz autobusu 189 – to nie są fanaberie, to są linie, które przez lata woziły ludzi do pracy i szkół. Ich likwidacja sprawiła, że podróż z niektórych rejonów Huty stała się prawdziwym koszmarem. Mamy więc kuriozalną sytuację: miasto wydaje miliony na rysowanie metra na mapie, a jednocześnie oszczędza grosze, odcinając od sprawdzonych połączeń mieszkańców Mistrzejowic czy Placu Centralnego.
Mamy więc systemowy absurd w pięciu aktach:
- Kliny – kasuje się realny i wykonalny w bliskiej przyszłości tramwaj, by obiecać wirtualne metro.
- Centrum – planuje się tunel tak, by zniszczyć świeżo oddany park i wjechać w prywatny garaż.
- Nowa Huta – zamiast rozwoju, mamy zwijanie torowisk i likwidację linii 16, 44, 75, skazując mieszkańców na wykluczenie komunikacyjne.
- Procedury – wszystko to dzieje się po tym, jak wyrzucono do kosza lata prac nad koncepcją „premetra”, cofnąwszy procedury środowiskowe do punktu wyjścia.
- Strefa Czystego Transportu – wprowadza się ograniczenia, przy jednoczesnym „zachęcaniu” do przesiadania się do samochodu, bo jak inaczej tłumaczyć chaos w komunikacji miejskiej i zapowiadane podwyżki cen biletów?
Kraków wpadł w spiralę błędnych decyzji. Próbuje się tu leczyć objawy (korki, smog) poprzez nakładanie opłat, podwyżek i zakazów dla kierowców, jednocześnie likwidując realne rozwiązania komunikacyjne i zastępując je chaotycznymi kreskami na mapie. To strategia, która prowadzi donikąd. Miasto nie może funkcjonować, gdy jedyną ofertą dla mieszkańca jest drenaż jego portfela, a wizytówką planowania jest metro-widmo, które zanim powstało, zdążyło już skłócić wszystkich ze wszystkimi.