SĄSIEDZI PRZYSZŁEGO HOTELU NOBU MAJĄ ZAGRZYBIAŁE PIWNICE… A wiceprezydent wita Roberta De Niro z honorami

Wizyta Roberta De Niro w Krakowie miała być wizerunkowym majstersztykiem. Dwukrotny zdobywca Oscara, legenda światowego kina, a obecnie także twarz globalnej marki hotelarskiej Nobu, przechadzał się po Rynku Głównym i doglądał budowy przy ulicy Kraszewskiego. Były uśmiechy, błyski fleszy i oficjalne gratulacje ze strony władz miasta. Jednak zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie gwiazdor pozował do zdjęć, rozgrywa się historia, która z blichtrem czerwonego dywanu nie ma nic wspólnego. To opowieść o wilgoci wdzierającej się do piwnic, o arogancji deweloperskiej i o mieście, które w pogoń za „prestiżem” zgubiło gdzieś interes swoich mieszkańców.

Kraków od lat ma ambicje bycia metropolią światowego formatu. Kiedy więc ogłoszono, że w dawnym gmachu Miastoprojektu powstanie hotel Nobu – sieci kojarzonej z luksusem, wybitną kuchnią i nazwiskiem Roberta De Niro – w magistracie strzeliły korki od szampana. Inwestycja miała być dowodem na to, że stolica małopolski to doskonały adres dla globalnego kapitału. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, okazała się jednak znacznie bardziej złożona i mniej fotogeniczna niż wizualizacje dewelopera.

Sąsiedztwo podwyższonego ryzyka

Teren przy ulicy Kraszewskiego na krakowskim Zwierzyńcu to miejsce specyficzne. Ciasna zabudowa, wąskie ulice, bliskość Błoń. Każda ingerencja w ten ekosystem wymaga chirurgicznej precyzji. Tymczasem budowa hotelu Nobu przypomina raczej operację na otwartym sercu przeprowadzaną przy użyciu młota pneumatycznego.

Najbardziej niepokojące sygnały płyną obecnie z bloku przy ulicy Fałata. Mieszkańcy, którzy od lat żyli tu w spokoju, alarmują o gwałtownym pogorszeniu stanu technicznego ich nieruchomości. Problem nie jest abstrakcyjny – jest wilgotny, cuchnący i wymierzalny. Według relacji lokatorów, z którymi rozmawialiśmy, piwnice ich budynku przez dekady były suche. Sytuacja zmieniła się diametralnie w momencie rozpoczęcia głębokich prac ziemnych pod hotel. Mieszkańcy wiążą swój problem z inwestycją.

To nie jest zbieg okoliczności. W naszych piwnicach pojawiła się woda i wilgoć, której nigdy wcześniej tu nie było – wskazują mieszkańcy. 

Na ścianach pojawiła się pleśń, a przedmioty przechowywane w komórkach lokatorskich zaczęły gnić. Mieszkańcy nie „drżą o życie”, jak w tanim horrorze, ale liczą straty finansowe i martwią się o kwestie sanitarne. Zagrzybienie fundamentów to problem, którego usunięcie może kosztować fortunę, a wdychanie zarodników pleśni w dłuższej perspektywie jest po prostu niebezpieczne dla zdrowia.

Urzędowy optymizm w zderzeniu z rzeczywistością

Wydawać by się mogło, że takie sygnały powinny postawić na baczność miejskie służby nadzoru budowlanego oraz władze miasta. Jednak oficjalny przekaz płynący z Placu Wszystkich Świętych jest zupełnie inny. Władza zdaje się nie widzieć pleśni, widzi za to blask Hollywood. Idealnym podsumowaniem podejścia magistratu jest wypowiedź wiceprezydenta Krakowa, Stanisława Mazura, który witając Roberta De Niro, wygłosił słowa, które w kontekście problemów mieszkańców brzmią jak ponura ironia. Zacytujmy je w całości, by oddać pełnię tego dysonansu:

„Robert De Niro wrócił do Krakowa tętniącego życiem, dumnego ze swojego dziedzictwa, wciąż zanurzonego w kulturze i dbającego o swój akademicki potencjał. Do Krakowa przyciągającego poważnych inwestorów i dbającego o wysoką jakość życia. Tym bardziej cieszę się, że wraca do Krakowa nie tylko jako ikoniczna postać kina, ale także jako inwestor”.

Słowa o „dbaniu o wysoką jakość życia” muszą brzmieć szczególnie gorzko dla lokatorów, którzy właśnie wyrzucają zgniłe rzeczy z piwnic. Czy „jakość życia” w rozumieniu władz miasta oznacza luksus dla gości hotelowych kosztem degradacji mienia stałych mieszkańców? Definicja „poważnego inwestora” również budzi wątpliwości, jeśli przyjrzymy się, z kim Robert De Niro wszedł w biznesowy alians.

Partner z trudną przeszłością

Aktor firmuje inwestycję swoim nazwiskiem, ale za realizację projektu odpowiada lokalny partner – spółka SAO Investments. Nie jest to podmiot anonimowy na krakowskim rynku, a jego dotychczasowe dokonania były szeroko opisywane przez media, w tym „Gazetę Krakowską”.

Warto przypomnieć głośną sprawę inwestycji „Willa Decjusza” na Woli Justowskiej, realizowaną, wedle doniesień medialnych, przez ten sam podmiot. Tam również miało być prestiżowo, a skończyło się skandalem, wyrokami sądowymi i – co najbardziej szokujące – wyburzeniem domu sąsiada w wyniku prowadzonych prac. Sądowe batalie, oskarżenia o samowolę budowlaną i działanie wbrew decyzjom konserwatora zabytków to bagaż, z którym SAO Investments wchodzi w projekt Nobu.

Czy Robert De Niro, znany ze swojej działalności społecznej i wrażliwości na krzywdę, ma świadomość, kto jest jego przewodnikiem po krakowskim rynku nieruchomości? Mieszkańcy Zwierzyńca postanowili to sprawdzić. Jak donosił „Fakt”, wystosowali do aktora list otwarty. W korespondencji punktują nieprawidłowości i pytają wprost, czy gwiazdor wie, że pod szyldem jego nazwiska forsowane są rozwiązania uderzające w lokalną społeczność. List, jak na razie, pozostaje bez publicznej odpowiedzi, a machina inwestycyjna toczy się dalej.

Deptak niezgody i kreatywna ekologia

Konflikt na Zwierzyńcu nie dotyczy tylko wilgoci. Osią sporu jest również przestrzeń publiczna. Inwestor zaproponował miastu przebudowę ulicy przed hotelem, tworząc tam zielony deptak. Brzmi to ekologicznie i nowocześnie, wpisując się w modne hasła „odbetonowywania” miast. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Ów deptak ma powstać kosztem istniejącej jezdni i miejsc parkingowych, których w tej okolicy brakuje jak tlenu. Co więcej, likwidacja jednej nitki ulicy oznacza przerzucenie całego ruchu na drugą stronę, tuż pod okna kamienic mieszkańców. Inwestor tworzy więc sobie eleganckie „przedpole” dla hotelowych gości, wypychając uciążliwości (hałas, spaliny) na sąsiadów.

Do tego dochodzi kwestia zieleni. Jak ustalili dziennikarze, deweloper chwali się nowymi nasadzeniami (51 drzew), ale jednocześnie na terenie samej inwestycji, pod rozbudowę kubatury hotelu, wycięto 29 dorodnych drzew. Bilans może i wychodzi na plus w tabelkach, ale w rzeczywistości dorosły drzewostan został zastąpiony obietnicą sadzonek, a zielony deptak ma służyć głównie jako strefa buforowa dla hotelu, a nie realny park dla mieszkańców. To klasyczny przykład malowania trawy na zielono, by ukryć betonowanie każdego wolnego metra kwadratowego działki.

Równi i równiejsi

Finał wizyty Roberta De Niro dostarczył jednak obrazek, który chyba najlepiej podsumowuje obecną kondycję Krakowa. Chodzi o głośny incydent na Rynku Głównym, szeroko komentowany w mediach społecznościowych. Mianowicie aktor i jego ekipa filmowa wjechali samochodami na płytę Rynku Głównego – do ścisłej strefy A, gdzie ruch kołowy jest surowo zabroniony i ograniczony tylko do pojazdów uprzywilejowanych. Internauci nie kryli oburzenia, pytając o równość wobec prawa. Historia ta miała swój ciąg dalszy, jak poinformował portal Eska.pl, dwa dni później na Rynek Główny wjechał kierowca Peugeota, który być może, poczuł się zachęcony przykładem z Hollywood. Tym razem reakcja służb na pojazd bez zezwoleń i wymaganych oznaczeń była natychmiastowa i bezwzględna. Nie było kamer, uśmiechów wiceprezydenta ani taryfy ulgowej. Była interwencja Straży Miejskiej i Policji, legitymowanie i mandat. 

W Krakowie inaczej traktuje się elity, a inaczej zwykłych (nawet tych nie do końca roztropnych) mieszkańców. Jednych karze się od razu za wjazd do strefy ograniczonego ruchu, drugich zostawia się samych z zagrzybioną piwnicą, a tym ostatnim –  „poważnym inwestorom” i celebrytom, idzie często na rękę – otwiera szlabany, pozwala patroszyć zabytkowe budynki i przymyka oko na szkody wyrządzane sąsiadom.

Robert De Niro wyjechał z Krakowa, zapewne zadowolony z „wysokiej jakości życia”, o której zapewniał go wiceprezydent Mazur, być może nawet nie do końca jest świadomy, jakie napięcia wywołuje inwestycja. Natomiast mieszkańcy zostali w Krakowie z prozą życia – z wilgocią na ścianach, widokiem na rosnący hotel w miejscu zabytkowego budynku i perspektywą utraty i tak już ograniczonych w tej okolicy miejsc parkingowych.