
Kraków – miasto, które przez tysiąc lat było arką polskości, dziś przypomina zakurzonego laptopa z epoki Windowsa XP. Piękny, sentymentalny, ale kiedy próbujesz cokolwiek uruchomić – mieli, mieli i w końcu zawiesza się na ekranie startowym. Acha i nie widać kursora. Nie dlatego, że ktoś go ukradł, tylko dlatego, że ktoś go… po prostu nie rusza.
To miasto, które powinno świecić jak neon nad Wisłą, jest dziś jak stara żarówka w kawiarni z duszą – romantyczna, ale bez uroczego błysku kuszących lumenów. A przecież Kraków mógłby być polskim Bostonem. Z polskim MIT-em, Harvardem, Oxfordem i Cambridge’em w jednym. Miastem, które uczy, myśli i zarabia na wiedzy, nie na selfie strzelanym przez półnagiego imprezowicza z gołębiem w stanie nieprzysiadanym.
Tymczasem sam, z własnej woli, a właściwie z naszego – nas Krakowian, zaniedbania i wygody, stał się eleganckim skansenem, w którym nawet w centrum nie mieszkają już ludzie, tylko wspomnienia i ich cienie. Rynek jest piękny – jak folder reklamowy. Bo centrum Krakowa to dziś przestrzeń widmo. Apartamenty-widma, mieszkańcy-widma, wynajmy-widma. To, co kiedyś było duszą miasta, zamieniło się w nieruchomość o różnej klasie użyteczności – najlepiej krótkoterminową. Nie ma dzieci, nie ma rodzin, nie ma śmiechu, a bez ludzi nie ma miasta, są turyści i przechodnie. Zostały walizki na kółkach i angielskie rozmówki w kolejce po obwarzanka.
Miasto, które miało żyć kulturą, miało ją tworzyć i emanować, żyje teraz z kultury przeszłości i pamięci, a nawet z kultury wspomnień, jak aktor, który gra siebie w reklamie kredytu, a potem wsiada w pociąg i znika.
To nie jest miasto tylko z problemem finansowym. To przede wszystkim jest miasto z problemem tożsamościowym. Drugie co do wielkości w Polsce, pierwsze pod względem zadłużenia – jakby samo sobie wystawiło weksel na przyszłość. Ale przecież Kraków nie powinien być dłużnikiem przeszłości, tylko inwestorem przyszłości. Miastem, które z kapitału kultury robi dywidendę innowacji. Bo ma wszystko: UJ – jedną z najstarszych uczelni Europy; AGH – polskie MIT, tylko bez miliardowych grantów. Tysiące studentów, którzy zamiast zakładać tu startupy, pakują walizki i wyjeżdżają budować cudze gospodarki.
Bo Kraków, niestety, nauczył ich jednego: żeby coś osiągnąć, trzeba stąd wyjechać. A przecież to miasto powinno tętnić pomysłami, skrzyć się jak eksperyment chemiczny w laboratorium, buzować jak bit na koncercie, a nie drzemać jak smok pod Wawelem na glinianym materacu z dotacji. Bo Kraków śpi. Śpi pięknie, artystycznie, jak z okładki albumu jazzowego – ale śpi (o ile nie mieszka obok dyskotek koło Jubilatu, wtedy nie śpi XD – przyp. red.). A my, mieszkańcy i byli mieszkańcy, stoimy nad tym snem i kiwamy głowami: „no trudno, taki klimat”.
Ciszej nad tą trumną.
Nie, Drodzy Państwo. To nie klimat. To brak prądu w głowie miasta. Brak idei, która połączy tradycję z przyszłością, czyli wartości z technologią. Bo Kraków mógłby być pierwszym w Polsce miastem, które samo się wymyśli na nowo. Smart City z duszą. W którym turystyka nie jest celem, tylko efektem ubocznym dobrego pomysłu na życie. Wyobraźcie to sobie: Kraków jako polski Boston, a nie polski Disneyland. Miejsce, gdzie inwestor przylatuje na konferencję, podpisuje kontrakt, a wieczorem idzie na jazz do Piwnicy pod Baranami. Gdzie startupy powstają nie w coworkach, tylko w laboratoriach przy AGH, Politechnice czy na UJ. Gdzie miasto żyje ludźmi i z ludźmi, tętni ich intelektem oraz jego owocami, a nie wynajmem, rykiem podpitej gawiedzi, potykaczkami night-klubów z fordanserkami.
Bo Kraków powinien mieć dzieci, nie tylko studentów. Obywateli, nie tylko turystów. Twórców, nie tylko konsumentów. W centrum powinna być szkoła, przedszkole, park – nie tylko kolejny cocktail bar z coraz bardziej wymyślną nazwą po angielsku, będącą wstępem do kolejnego Boutique-Hotelu. Miasto bez dzieci to miasto bez jutra. Bez sensu. Skansen, dekoracja, energetyczny cmentarz. Najbardziej bolesne jest to, że my – Krakauerzy – się do tego przyzwyczailiśmy. Do długu, do korków, do braku powietrza i rezygnacji z marzeń oraz wdrażania pomysłów. Jakbyśmy sami wzięli długoterminowy kredyt na własną apatię.
Bo dziś Kraków nie potrzebuje kolejnego festiwalu ani muralu z cytatem o duchowości. Potrzebuje przebudzenia. Strategii, w której miasto znów zaczyna produkować przyszłość, a nie wspomnienia. Potrzebuje polityków, którzy nie będą wieszać kolejnych girland, tylko podepną miasto do sieci – nie energetycznej, ale intelektualnej. Potrzebuje nas – ludzi, którzy nie chcą żyć w scenografii, tylko w mieście, które żyje naprawdę.
Jeśli tego nie zrobimy, Kraków nie zginie. On po prostu zostanie sprzedany. Za długi. I wtedy smok już się nie obudzi – bo nikt nie będzie chciał go obudzić. Bo komu potrzebny jest smok
w muzeum, skoro można mieć kolejny apartament z widokiem na Wawel? Czas, żeby Kraków przestał być miastem wspomnień, a znów stał się miastem ambicji.
Smoku przebudź się!
Miłosz Lodowski