„KREATYWNA KSIĘGOWOŚĆ” PROWADZI KRAKÓW NA DNO

To miała być rutynowa procedura budżetowa, a zamieniła się w jeden z największych kryzysów w samorządowej historii Krakowa. Regionalna Izba Obrachunkowa (RIO) powiedziała „sprawdzam” i obnażyła fikcję, na której opierały się miejskie finanse. Jednak prawdziwym skandalem nie okazało się to, że kasa jest pusta – to zdarza się w wielu samorządach, czasy są trudne. Skandalem jest fakt, że według mediów kluczowe pisma ostrzegające przed utratą płynności były ukrywane przed radnymi, a urzędnicy próbowali grać na czas w grze, w której stawką jest niezależność miasta. W cieniu tych dramatycznych wydarzeń prezydencki styl zarządzania kryzysem budzi, delikatnie mówiąc, konsternację.

Kraków od lat balansował na finansowej linie, ale ostatnie tygodnie pokazały, że lina pękła, a zabezpieczenia nie ma. Dokumenty, które ujrzały światło dzienne dzięki dziennikarskiemu śledztwu, a nie woli transparentności urzędu, malują obraz katastrofy. Regionalna Izba Obrachunkowa w Krakowie wydała negatywną opinię o możliwości sfinansowania deficytu przedstawionego przez Miasto. W języku finansistów to odpowiednik wyroku.

Istotą problemu jest Wieloletnia Prognoza Finansowa (WPF) – dokument, który teoretycznie ma pokazywać, jak miasto zamierza spłacać swoje długi w perspektywie dekady. RIO, organ nadzorczy, którego zadaniem jest chłodna analiza liczb, uznała ten dokument za nierealistyczny. Kolegium Izby bezlitośnie wypunktowało „życzeniowe” podejście krakowskich skarbników. Główny zarzut? Wirtualne dochody majątkowe. Miasto wpisało do budżetu gigantyczne kwoty, które rzekomo ma pozyskać ze sprzedaży miejskich nieruchomości. Problem w tym, że – jak zauważyła RIO – plany te nie mają pokrycia w rzeczywistości rynkowej. To klasyczna „kreatywna księgowość”: aby słupki się zgadzały i można było zaciągnąć nowy kredyt, dopisuje się po stronie dochodów zyski ze sprzedaży działek.


Efekt? RIO stwierdziła, że Kraków zagrożony jest utratą płynności finansowej. To już nie jest ostrzeżenie. To stwierdzenie faktu. Dalsze zadłużanie się przy obecnej strukturze wydatków i dochodów stało się niemożliwe. Miasto doszło do ściany.

Brak transparentności w magistracie

Jednak to, co w normalnym trybie byłoby przedmiotem debaty ekonomicznej, w Krakowie stało się aferą polityczną. Jak ujawniły media, w tym portal LoveKraków.pl oraz Onet, negatywne opinie RIO i pisma wzywające do wyjaśnień trafiły do Urzędu Miasta, po czym… zniknęły w szufladach. Przez kluczowe tygodnie radni miasta – organ stanowiący i kontrolny – nie mieli pojęcia o skali zastrzeżeń RIO. Byli utrzymywani w nieświadomości. Jak Rada Miasta ma głosować nad korektami budżetu czy nowymi zobowiązaniami, skoro prezydent i jego służby zatajają przed nią fakt, że nadzorca finansowy właśnie podważył sens ekonomiczny tych działań?

Michał Drewnicki, wiceprzewodniczący Rady Miasta, wielokrotnie w mediach podkreślał powagę sytuacji. Wskazywał, że radni procedowali uchwały budżetowe, nie mając pełnej wiedzy o krytycznym stanowisku RIO. W publicznych wypowiedziach radni opozycji podkreślali, że takie działanie magistratu to złamanie zasad transparentności i uniemożliwienie im sprawowania rzetelnej kontroli nad prezydentem. Zarzuty dotyczą nie tylko procedur, ale i samej konstrukcji budżetu. Radni klubu „Kraków dla Mieszkańców”, w tym Łukasz Maślona czy Michał Starobrat, od dawna punktowali nierealistyczne założenia finansowe miasta. W relacjach z sesji budżetowych padały mocne słowa o „kreatywnej księgowości” i budżecie opartym na „wirtualnych dochodach”, które istnieją tylko na papierze, by zrównoważyć wydatki.

To sytuacja bez precedensu w dojrzałym samorządzie i złamanie podstawowej zasady zaufania na linii organ wykonawczy – organ uchwałodawczy. Tłumaczenia urzędników są mętne i niespójne. Próba bagatelizowania sprawy poprzez wskazywanie, że RIO umorzyła jedno z postępowań (dotyczące uchwały, która stała się bezprzedmiotowa), jest zasłoną dymną. Fakt umorzenia procedury w jednym wątku nie anuluje druzgocącej oceny całokształtu finansów.

Widmo zarządu komisarycznego i scenariusz zabrzański

Sytuacja jest na tyle poważna, że w kuluarach coraz głośniej mówi się o najczarniejszym scenariuszu: wejściu komisarza lub ustaleniu budżetu miasta przez Regionalną Izbę Obrachunkową. Jeśli Kraków nie przedstawi wiarygodnego programu naprawczego – a na to się nie zanosi, biorąc pod uwagę dotychczasową „kreatywność” w prognozach i ukrywanie dokumentów – miasto straci finansową suwerenność.

Aby zrozumieć, czym kończy się życie miasta na kredyt i pudrowanie rzeczywistości, wystarczy spojrzeć na Zabrze. To gotowe memento dla krakowskich włodarzy. Tam polityczny rachunek za zapaść miasta został wystawiony już w maju, kiedy to w wyniku referendum doszło do zmiany władzy. Jednak zmiana nazwiska na drzwiach gabinetu nie sprawiła, że długi zniknęły; wręcz przeciwnie – finansowe „trupy” wciąż wypadają tam z szafy – Regionalna Izba Obrachunkowa kwestionuje finanse Zabrza, a kontrolerzy bezlitośnie punktują nierealne plany i dziurę budżetową, której nie da się zasypać nowymi obietnicami. 

W Zabrzu mieszkańcy powiedzieli „dość” i odwołali prezydentkę, widząc, że ich miasto stacza się po równi pochyłej. W Krakowie nastroje są bliźniaczo podobne – mamy ukrywane pisma z RIO, widmo bankructwa i rosnącą wściekłość mieszkańców. Jeśli obecny prezydent myśli, że uda mu się „przeczekać” kryzys, ukrywając pisma w szufladzie, historia Zabrza pokazuje, że jest w błędzie. Finał jest zawsze ten sam: utrata władzy.

Co wejście RIO oznacza dla przeciętnego krakowianina? Izba nie dba o słupki poparcia. Tnie koszty do kości. Oznacza to koniec inwestycji, które nie są absolutnie niezbędne, drastyczne cięcia w komunikacji miejskiej, kulturze i edukacji. To scenariusz stagnacji i bolesnych wyrzeczeń, za które zapłacą podatnicy. Dziś Kraków nie jest już „zieloną wyspą”, a ukrywanie prawdy przed opinią publiczną tylko przybliża nas do scenariusza śląskiego – referendalnego odwołania władzy i wieloletniego zaciskania pasa.

Miasto w opałach, a prezydent się świetnie bawi i rozdaje nagrody

Wydawać by się mogło, że w obliczu finansowej zapaści miasta w gabinecie prezydenta trwa sztab kryzysowy 24/7; że trwają gorączkowe narady do późnej nocy, a włodarz, przygnieciony ciężarem odpowiedzialności, szuka dróg wyjścia z impasu; radzi się ekspertów, przygotowuje plany, symulacje, staje na wysokości zadania. Rzeczywistość dostarczyła nam jednak innego obrazka. W czasie, gdy nad Krakowem zbierały się czarne chmury finansowej upadłości, a radni dowiadywali się o ukrywanych pismach, prezydenta Krakowa można było spotkać w zgoła innych okolicznościach. Był widziany 8 listopada w modnym klubie Międzymiastowa, na imprezie z cyklu Amazonica.

Kontrast jest porażający. Z jednej strony urzędnicza panika, chowanie dokumentów i groźba bankructwa miasta, a z drugiej – prezydent w miejskiej dżungli, pośród egzotycznych dekoracji i relaksującej muzyki. Oczywiście, każdy ma prawo do czasu wolnego, prezydent również. Ale w polityce, zwłaszcza w momentach kryzysowych, liczą się symbole i wyczucie czasu. Obraz Aleksandra Miszalskiego bawiącego się na imprezie, podczas gdy miasto, którym zarządza, otrzymuje miażdżące ciosy od instytucji kontrolnych, to definicja arogancji władzy. To komunikat: „Wasze problemy to nie moje problemy”. Gdy miasto jest w opałach, jego włodarz nie musi biegać z wiadrem i gasić demonstracyjnie pożaru, ale nie powinien też zostawiać urzędników samych i pląsać sobie wesoło na parkiecie. Międzymiastowa stała się niefortunną metaforą obecnej kadencji Aleksandra Miszalskiego – jest kolorowo, światowo i przyjemnie, dopóki nie zapali się światło i nie zobaczymy rachunku, którego nie ma kto zapłacić. 

A ten rachunek właśnie został wystawiony i zawiera pozycje, które budzą najwyższe oburzenie. Szczytem hipokryzji jest bowiem to, na co pieniądze – mimo kryzysu – zawsze się znajdują. Podczas gdy tnie się wydatki na kluczowe potrzeby mieszkańców i brakuje środków na ochronę kultowych miejsc, koszty utrzymania samej urzędniczej machiny biją rekordy wszech czasów. Z oficjalnych danych wynika, że wydatki na funkcjonowanie Urzędu Miasta Krakowa w 2026 roku wzrosną aż o 141 milionów złotych w porównaniu do roku poprzedniego. Jeśli spojrzymy na perspektywę dwuletnią (2024–2026), koszty biurokracji spuchły o ponad 40 proc. – z 450 mln do planowanych 631 mln zł. Co gorsza, jak ujawnił portal Interia, mimo trudnej sytuacji budżetowej Krakowa, zastępcy prezydenta Aleksandra Miszalskiego mogą liczyć na regularne zastrzyki finansowe w postaci tzw. nagród kwartalnych, które stały się dla nich stałym dodatkiem do pensji. Liczby są porażające: w bieżącym roku każdy z czterech wiceprezydentów otrzymał po 38,5 tys. zł brutto. Łącznie na te ekstra premie dla samej wierchuszki wydano 158 tys. zł. To nie koniec wydatków, bo prezydent szykuje kolejne nagrody za czwarty kwartał, choć biuro prasowe zaznacza, że decyzja o konkretnych kwotach jeszcze nie zapadła. Do momentu publikacji tekstu przez Interię prezydent Miszalski nie odpowiedział na prośbę o komentarz w tej sprawie. 

Tak właśnie się żyje w królewskim mieście – mieszkańcy muszą zaciskać pasa, płacić więcej za bilety, żłobki, parkowanie czy wywóz śmieci, ale na nagrody dla władzy pieniądze w kasie zawsze się znajdą.