To nie dzieje się z hukiem. Nie ma eksplozji, nie ma syren alarmowych. Jest cisza. Cisza zamkniętych rolet, zgaszonych neonów i kartek „Likwidacja” przyklejonych do szyb. Z Krakowa rezygnują nie tylko korporacje, ale i małe i średnie firmy. Kiedy spacerujemy dziś, w grudniu 2025 roku, ulicami Krakowa, idziemy przez cmentarzysko lokalnych biznesów, które mogłyby spokojnie istnieć i działać dalej jeszcze przez lata. Co poszło nie tak?
Jako reporterzy często szukamy wielkich tematów, ale największy dramat tego miasta rozgrywa się w mikroskali. W zapachu chleba, którego już nie ma. W gwarze rozmów nad Wisłą, który został uciszony. W smaku kawy, której już się nie napijemy. Oto raport z oblężonego miasta, które poddało się walkowerem.
Znikają kultowe piekarnie i cukiernie
Zaczęło się jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego roku. Wtedy wydawało się to incydentem, dziś wiemy, że był to początek lawiny. W maju 2024 roku Kraków stracił Piekarnię Pochopień przy ulicy Krupniczej. To było aż 78 lat tradycji! Jacek Pochopień nie zamknął interesu, bo mu się znudziło, zamknął go, bo musiał. Gaz, prąd, ZUS – to jedno, ale gwoździem do trumny okazała się nieudolna polityka miasta i niekończące się remonty. Rozkopane ulice odcięły klientów, a potem nie było już czego zbierać.
Zaledwie chwilę później, w czerwcu, padł kolejny biznes z tradycją, czyli Cukiernia Cichowscy na Starowiślnej. 88 lat historii. Miejsce, które przetrwało nazistów i komunistów, nie przetrwało krakowskiego „rozwoju” AD 2024. Wtedy jeszcze myśleliśmy: „szkoda, wielka strata”. Nie wiedzieliśmy, że to dopiero przygrywka do marsza pogrzebowego.
Tanie jedzenie? Nie w Krakowie
Pod koniec 2024 roku cios spadł na pogranicze Kazimierza i Stradomia. Przez 25 lat, przy huczącej od tramwajów i samochodów ulicy Dietla, istniała oaza normalności – Bar Wegetariański Momo.
To miejsce było dowodem na to, że w centrum Krakowa można karmić zdrowo, uczciwie i tanio, że knajpa nie musi być miejscem dla pozerów, tylko może być po prostu uczciwym wegetariańskim barem dla każdego. Momo karmiło studentów, artystów i okolicznych mieszkańców, dając im chwilę wytchnienia od miejskiego zgiełku. Zamknięcie lokalu pod koniec ubiegłego roku było bolesnym sygnałem: w tym rejonie nie ma już miejsca na „tanio” i „dla mieszkańców”. Jeśli nie sprzedajesz drinka za 40 złotych albo steku za 100, raczej nie ma tutaj dla ciebie miejsca. Właściciele napisali gorzkie „pożegnanie po 25 latach”, a my straciliśmy jeden z ostatnich punktów na mapie, gdzie czuliśmy się jak w domu, a nie jak klienci do obsłużenia.
Nie ma forum, nie ma przestrzeni
Prawdziwy szok przyszedł wiosną tego roku, to wtedy do historii przeszły Forum Przestrzenie i działająca w symbiozie z nimi Hala Forum. To nie były tylko kluby. To był fenomen socjologiczny. Przez ponad dekadę Forum Przestrzenie reanimowało martwą strefę nad Wisłą, która wcześniej straszyła swoją emblematyczną i brutalistyczną architekturą. Właściciele, pracownicy i tłumy stworzyły nad Wisłą nową jakość – to tam się szło na leżak, na pizzę, na spotkanie ze znajomymi, to tam tętniło nowoczesne serce miasta. I co? I nic. Decyzja zapadła zimno i bezwzględnie: koniec. Właściciele poinformowali o zamknięciu, a powód był prozaiczny i bolesny – plany inwestycyjne.
W Krakowie AD 2025 nie ma miejsca na „przestrzenie” dla ludzi. Jest miejsce na PUM (Powierzchnię Użytkową Mieszkalną). Kultowe schody, neon, plaża – wszystko to musiało ustąpić, bo grunt jest zbyt cenny, by marnować go na relaks mieszkańców.
Ostatnia kawa w Rio
Po wakacjach, we wrześniu tego roku, Kraków stracił puls. Zamknięcie Baru Kawowego Rio to coś więcej niż bankructwo gastronomii. To śmierć kultury. Przez 66 lat, przy ulicy św. Jana, działy się rzeczy magiczne. Przy cynkowym blacie, na stojąco, ramię w ramię stali profesorowie UJ, poeci, studenci i emeryci. Rio było egalitarne, było bezpretensjonalne; nie było tam drogiej kawy za 25 złotych, była mała czarna za sensowne pieniądze, klimat i rozmowy (aż strach myśleć o klubokawiarni Dym, która jeszcze jakoś się trzyma). Walczyliśmy o Rio; były petycje, były apele. Miasto miało narzędzia – lokal należał do zasobów miejskich, można było obniżyć czynsz, uznać to za działalność kulturotwórczą. Zabrakło woli. Urzędnicza machina przemieliła legendę. 30 września wypiliśmy tam ostatnią kawę.

Kwiaciarki z rynku też znikną?
One jeszcze trwają. Kwiaciarki z charakterystycznymi parasolami pod Adasiem, są ostatnim symbolem, który odróżnia nasz Rynek od makiety w Disneylandzie. Ale i one drżą o swoją przyszłość. W mediach czytamy dramatyczne nagłówki: „Nie ma dla nas przyszłości”. Remont płyty Rynku, nowe przepisy Parku Kulturowego, rosnące opłaty targowe… Panie, które sprzedają tu kwiaty od pokoleń, boją się, że w nowym, „zrewitalizowanym” (czytaj: wyczyszczonym z życia) Krakowie zabraknie dla nich miejsca. Że będą „nieestetyczne” dla bogatego turysty z Dubaju czy USA.
Miasto-Wydmuszka
Spójrzmy prawdzie w oczy. To, co stało się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy – od Piekarni Pochopień, przez Momo na Dietla, Forum Przestrzenie, aż po Rio – to nie przypadek. To system. Kraków stał się ofiarą własnej chciwości. Władze miasta, zachłyśnięte turystyką, zapomniały, że miasto musi mieć mieszkańców, a mieszkańcy muszą mieć gdzie kupić chleb, gdzie zjeść tani obiad, gdzie wypić kawę i gdzie pójść na randkę, nie wydając połowy pensji. Stworzyliśmy potwora. Miasto drogie, nieprzyjazne, zadeptane.
Młode rodziny uciekają do Wieliczki i Niepołomic nie tylko dlatego, że tam są tańsze mieszkania. Uciekają, bo w Krakowie nie da się już oddychać – nie tylko z powodu smogu, ale z powodu braku autentyczności. Zostają nam tylko fasady zabytkowych kamienic, w środku puste lub przerobione na najem krótkoterminowy.