KRAKÓW TO LUKSUSOWY SKANSEN DLA TURYSTÓW I PIEKŁO DLA MŁODYCH RODZIN Ratusz znów sięga do kieszeni rodziców

Miał być oddech ulgi, jest zimny prysznic. Rządowy program „Aktywny Rodzic”, szumnie nazywany „babciowym”, miał sprawić, że opieka nad najmłodszymi przestanie rujnować domowe budżety. Tymczasem władze Krakowa uznały, że to doskonała okazja, by zrzucić z siebie odpowiedzialność i załatać gigantyczną dziurę budżetową pieniędzmi, które miały trafić do dzieci. Cięcie dotacji dla żłobków to nie incydent. To kolejny dowód na to, że stolica małopolski zamienia się w miasto wrogie, drogie i niezdolne do zapewnienia mieszkańcom elementarnego komfortu.

Kiedy spaceruje się dziś po Rynku Głównym, trudno oprzeć się wrażeniu, że Kraków stał się wydmuszką. Piękną, zabytkową dekoracją, w której życie toczy się pod dyktando turystów, deweloperów i operatorów krótkoterminowego najmu. Prawdziwe życie – to z wózkami, zakupami, korkami i walką o miejsce w przedszkolu – zostało wypchnięte na betonowe peryferia. Tam, gdzie właśnie dociera hiobowa wieść: miasto drastycznie tnie dotacje do opieki żłobkowej.

Matematyka cynizmu

Mechanizm jest prosty i porażający w swoim cynizmie. Rząd wprowadza program „Aktywny Rodzic”, oferując do 1500 zł dopłaty do czesnego w żłobku. Rodzic oddycha z ulgą – w końcu żłobek może być darmowy lub symbolicznie tani. Co robi Kraków? Kraków wyciąga kalkulator i mówi: „Skoro rząd daje, to my już nie musimy”.

Władze miasta zdecydowały o drastycznym cięciu samorządowej dotacji dla żłobków niepublicznych – autopoprawkę w tej sprawie, dzień przed sesją Rady Miasta, zgłosił sam prezydent Aleksander Miszalski, nie konsultując swojego pomysłu ani z rodzicami, ani z podmiotami prowadzącymi żłobki. Jak to wygląda w liczbach? Z dotychczasowych kwot rzędu 735 zł (za opiekę powyżej 5 godzin), dotacja ma spaść do poziomu 400 zł, a w 2026 roku – jak alarmują radni i media – nawet do 200-300 zł. Plan jest prosty: przerzucić ciężar finansowania na budżet centralny.

Urzędnicy z kamiennymi twarzami tłumaczą, że rodzic „nie straci”, bo przecież dostanie przelew z ZUS-u. To demagogia czystej wody. Po pierwsze, czesne w krakowskich żłobkach niepublicznych już teraz często oscyluje w granicach 1800–2200 zł (plus wyżywienie). Jeśli miasto zabierze swoją dotację, a właściciele placówek – widząc rządowe pieniądze i rosnące koszty (energia, płaca minimalna) – podniosą ceny, całe „babciowe” zostanie skonsumowane przez podwyżki i wycofanie się miasta. Rodzic zostanie w tym samym punkcie: z drenażem portfela, za to z poczuciem, że ktoś właśnie ukradł mu obiecane wsparcie.

Po drugie, te pieniądze – te 30 milionów złotych rocznie, które miasto chce „zaoszczędzić” na dzieciach – powinny zostać w systemie. Powinny posłużyć do podniesienia jakości opieki, do zwiększenia liczby miejsc, do remontów. Ale w Krakowie pieniądze znikają w czarnej dziurze.

Syndrom Librusa, czyli płać i płacz

Decyzja o cięciu dotacji nie bierze się z próżni. To element szerszej strategii, którą można by nazwać „pełzającą prywatyzacją kosztów życia”. Pamiętamy niedawną burzę wokół Librusa? To był pierwszy sygnał ostrzegawczy. Rodzice krakowskich uczniów nagle stanęli przed wizją, w której podstawowe narzędzie komunikacji ze szkołą, sprawdzania ocen i frekwencji, staje się de facto usługą premium lub generuje koszty, które wcześniej były „niewidzialne”.

Tamta sytuacja pokazała nową filozofię zarządzania miastem: edukacja i opieka to nie misja, to usługa. A za usługi się płaci. Skoro rodzice płacą za korepetycje (bo szkoła publiczna jest niewydolna), skoro płacą za prywatną służbę zdrowia (bo na NFZ czeka się latami), to zapłacą też za dostęp do dziennika elektronicznego i za żłobek. Granica wytrzymałości finansowej młodych rodzin jest testowana z bezwzględnością godną korporacyjnych księgowych, a nie samorządowców.

Miasto powszechnej drożyzny

Dlaczego Kraków szuka oszczędności akurat w kieszeniach rodziców maluchów? Odpowiedź jest bolesna: bo miasto jest bankrutem. Nie tylko w sensie finansowym (choć długi są gigantyczne), ale przede wszystkim w sensie idei. Przez lata Kraków był zarządzany jak folwark dla deweloperów. Betonowano każdy skrawek zieleni, wydawano pozwolenia na budowę osiedli bez dróg, szkół i przedszkoli. Dziś zbieramy tego owoce. Infrastruktura pęka jak stare płyty chodnikowe; korki paraliżują miasto o każdej porze dnia, a komunikacja miejska – mimo że bilety są jednymi z najdroższych w Polsce – jest niewydolna, przepełniona i niedofinansowana.

Gdzie podziały się pieniądze? Zostały „przepalone” na gigantyczne, często przeskalowane inwestycje, na stadiony, na centra kongresowe, na utrzymanie rozbuchanej administracji i spółek miejskich, które stały się przechowalniami dla partyjnych nominatów. Kiedy przychodzi do zaciskania pasa, nikt nie myśli o redukcji etatów w magistracie. Wzrok kieruje się w pierwszej kolejności na najsłabszych – na krakowskie rodziny, które ledwo wiążą koniec z końcem.

Nie stać cię? To się wyprowadź

Kraków staje się miastem ekskluzywnym, ale w najgorszym tego słowa znaczeniu. Ceny mieszkań przebiły sufit, czynsze za wynajem są absurdalne, a teraz dochodzą do tego rosnące koszty utrzymania dzieci. Młodzi ludzie, którzy przyjechali tu na studia, zostali, założyli rodziny, teraz coraz częściej patrzą na mapę i widzą: Wieliczka, Niepołomice, Skawina, a nawet Katowice.

Tamte miasta, choć mniejsze i z mniejszym prestiżem, oferują coś, czego Kraków już nie ma: normalność. Tam samorząd często rozumie, że żłobek to inwestycja demograficzna, a nie koszt księgowy. Kraków wysyła swoim mieszkańcom jasny sygnał: jeśli nie jesteś turystą zostawiającym euro w knajpie na Rynku, ani inwestorem kupującym apartamenty „pod inwestycję”, jesteś dla nas problemem. Generujesz koszty, zajmujesz miejsce w autobusie, na parkingu, twoje dziecko potrzebuje opieki i wsparcia miasta. 

Ostatni gasi światło

Cięcie dotacji na żłobki, podwyżki opłat okołoszkolnych (Librus), planowane podwyżki cen biletów w MPK, podwyżki za parkowanie, wcześniejsze podwyżki za ogrzewanie, wywóz śmieci. Ten ciąg niekończących się wzrostów opłat to gwóźdź do trumny wizerunku Krakowa jako miasta przyjaznego do życia. To miasto staje się makietą. Piękną, z Wawelem i Sukiennicami, ale pustą w środku.

Rodzice są wściekli. Podczas sesji rady miasta padły ostre słowa, ale mleko się rozlało. Władza wie, że rodzice pokrzyczą, a potem i tak zapłacą, bo nie mają wyjścia. Muszą pracować, by spłacać kredyty za horrendalnie drogie mieszkania. Nie mogą pozwolić sobie na zostanie z dzieckiem w domu. Są zakładnikami sytuacji.

Jest w tym coś bardzo przygnębiającego. Kraków, miasto królów, nauki i kultury, degraduje się do roli pazernego kamienicznika, który liczy każdy grosz, nie dbając o to, że lokatorzy uciekają. Jeśli ta polityka się nie zmieni, za kilka lat pod Wawelem zostaną tylko turyści i starcy. A ostatni młody, wyjeżdżając do gminy ościennej, zgasi światło. Choć przy obecnych cenach prądu i zarządzaniu miastem, to światło pewnie zgaśnie samo.

Dodaj komentarz