DE NIRO W KRAKOWIE, CZYLI ŁOWCY JELENI W AKCJI

Kiedy Robert De Niro, ikona Hollywood, ogłosił, że wraz ze swoją globalną marką Nobu Hospitality zainwestuje w Krakowie, miasto wstrzymało oddech. W opozycji do Błoń, w historycznym, choć skromnym gmachu Miastoprojektu, miał powstać nie hotel, lecz „dynamiczne miasto w mieście”. Sto luksusowych pokoi, 80 ekskluzywnych rezydencji, restauracje, scena teatralna, a nawet – co znamienne dla naszych czasów – głęboki na 17 metrów schron na kondygnacji -4. W czym więc tkwi problem?

Wizja warta miliardy, firmowana przez gwiazdora „Taksówkarza” i „Łowcy Jeleni”, zderzyła się jednak z krakowską rzeczywistością. A konkretnie z ulicą Kraszewskiego i jej dotąd ignorowanymi mieszkańcami. 

Okazało się, że luksusowa inwestycja wymaga równie luksusowego otoczenia. Inwestor, lokalna spółka SAO Investments, zaproponował miastu, że na własny koszt (około 5 milionów złotych) stworzy przed wejściem do hotelu piękny, zielony deptak. Brzmi pięknie, nieprawdaż? Problem w tym, że ten deptak miał powstać dokładnie w miejscu, gdzie dziś biegnie jezdnia i znajduje się pas z kilkudziesięcioma miejscami parkingowymi.

Dla mieszkańców oznaczało to katastrofę. Plan zakładał likwidację jednej nitki ulicy, a cały ruch – w obu kierunkach – miał zostać przerzucony na drugą jezdnię, biegnącą tuż pod oknami ich kamienic. W ten sposób ponad stu mieszkańców krakowskiego Zwierzyńca stało się mimowolnymi uczestnikami specyficznej gry, przypominającej ponurą scenę z innego wielkiego filmu De Niro. Tak właśnie rozpoczęła się krakowska wersja „Łowcy Jeleni”. W tej wersji stawką jest życie mieszkańców oraz jego jakość, już nie raz straż pożarna i pogowie utykały w wąskich uliczkach dzielnicy. Kto weźmie odpowiedzialność za życie mieszkańców do których w wyniku przebudowy lekarz nie zdąży w porę dojechać? W takiej sytuacji już nie zaskakuje fakt, że analizę ruchu miasto – nie inwestor – chce zlecić dopiero pod wpływem presji mieszkańców. A w rosyjskiej ruletce o znikające miejsca parkingowe i ciszę, rewolwer wciąż trzymają w rękach urzędnicy i deweloper.

Punktem kulminacyjnym było spotkanie mieszkańców z przedstawicielami miasta, które odbyło się trzynastego października. Gdy ponad stu wzburzonych ludzi pytało o logikę tego absurdu, kierownik z Zarządu Dróg Miasta Krakowa, reprezentujący politykę magistratu pod wodzą Miszalskiego, z rozbrajającą szczerością stwierdził, że propozycja inwestora… wpisuje się w miejską politykę „odbetonowywania” i „zazieleniania” Krakowa.

Sala wybuchnęła śmiechem, ale jest to śmiech przez łzy, bo nie pierwszy raz urzędnicy mają zwykłych mieszkańców za średnio rozgarniętych, którym można mydlić oczy. Mieszkańcy szybko wytknęli urzędnikowi, że mowa o jednym z najbardziej zielonych terenów w Krakowie, położonym tuż obok Błoń i Parku Jordana. „Zabiorą państwo mieszkańcom kilkadziesiąt miejsc parkingowych i sprowadzą cały uliczny ruch pod blok po to, żebyśmy tam mieli zielono?! Jest nam tam dosyć zielono!” – grzmiała jedna z mieszkanek. Jej wystąpienie, zakończone historycznym już pytaniem: „Czy to jest Dzień Świra?!”, sala nagrodziła głośnymi oklaskami. W przestrzeni internetu komentarze są podobne:

To, co zaprojektowali to paskudztwo – jak to nowe pasuje do gmachu Miasto-projektu? Czy ktoś widział wizualizację? Stylistycznie nowy obiekt oderwany od istniejącego. I co z tego, że znana osobistość buduje hotel na niewymiarowej działce. Niech robi deptak na swojej działce i ani centymetra więcej w istniejące ulice Krakowa. Sorry -– ale tym sposobem to oddajmy mu kawałek Alei Focha bo bidula ma za małą działkę. Ten hotel tam to paranoja, a nie trafiona inwestycja! (pisownia po korekcie redakcyjnej)

Jak więc widać, „Łowcą” w tej historii okazał się inwestor, polujący na publiczną przestrzeń, by stworzyć ekskluzywne „przedpole hotelowe”. Jak podkreślała jedna z uczestniczek spotkania, spółka SAO Investments „jasno daje do zrozumienia, że oni nie chcą mieć ulicy, tylko chcą mieć deptak, odsuwając ruch od siebie – na naszą niekorzyść”.

Mieszkańcy, niczym filmowe „jelenie”, zostali postawieni pod ścianą. A gra pozorów dopiero się zaczynała.

Gdy deweloperowi wytknięto hipokryzję – bo jak można mówić o „zazielenianiu”, jednocześnie prowadząc intensywną budowę – ten sięgnął po narzędzia kreatywnej retoryki. W oficjalnym oświadczeniu spółka Miastoprojekt (reprezentująca inwestora) stwierdziła kategorycznie:

„Nieprawdą jest, że inwestor wyciął jakiekolwiek drzewa […] Inwestor zaplanował za to nasadzenia 51 dodatkowych drzew”.

Była to prawda, ale tylko częściowa. Dziennikarze szybko zweryfikowali te słowa w Urzędzie Miasta Krakowa. Okazało się, że owszem, inwestor nie wyciął drzew w miejscu planowanego deptaka. Ale na głównej działce, tuż obok, gdzie realnie rośnie hotel, miasto wydało zezwolenie na usunięcie 29 drzew. Powód? Były „chore i kolidujące z budową” oraz „kolizją z technologią wykonywania prac z uwagi na bardzo głębokie wykopy”.

Tak oto inwestor, który na potrzeby budowy luksusowego gmachu ze schronem na -17 metrze wyciął 29 drzew, stał się w oczach urzędników ZDMK awangardą „zazieleniania” Krakowa kosztem parkingu mieszkańców.

Prace nad basenem na zniszczonym dachu perły modernistycznej architektury trwają w najlepsze

Czy to miasto mieszkańców, walczących o miejsca postojowe i spokój, czy może globalnych firm, które w zamian za „prestiż” i obietnicę posadzenia 51 drzew, mogą liczyć na pełną współpracę urzędników w procesie przesuwania ulic pod okna kamienic?

Inwestor, urażony medialnym rozgłosem, zagroził nawet, że w związku z postawą mieszkańców „rozważa wycofanie się z realizacji inwestycji parkowej”. Kurtyna. W tej krakowskiej ruletce mieszkańcy dowiedzieli się właśnie, że jeśli nie zgodzą się na strzał w kolano, deweloper obrazi się i zabierze swoje zabawki. A miasto? Miasto przygląda się w milczeniu, jak łowca celuje do kolejnej ofiary.

Co prawda radna miejska, Agnieszka Łętocha z klubu PO zakomunikowała, że jeśli Aleksander Miszalski nie powstrzyma inwestora to w konsekwencji odmówi mu kolejnego absolutorium i będzie namawiała do tego innych radnych. Czy ten atak oznacza dalsze osłabianie pozycji Aleksandra Miszalskiego we własnej partii?

Największym absurdem w tej grze pozorów jest jednak zderzenie wizji dewelopera z rzeczywistością. Spółka SAO Investments, partner Nobu, opisuje projekt nie jako hotel, lecz jako „prawdziwe centrum kultury, designu i miejskiej energii”, które ma „budować społeczność”. Trudno o większy dysonans. Firma, która chce „budować społeczność”, zaczyna swoją działalność od frontalnego ataku na spokój i prawa istniejącej społeczności, próbując siłą przesunąć im ulicę pod okna.

Twierdzenia o „zazielenianiu” i „odbetonowywaniu” stają się jeszcze bardziej kuriozalne w świetle faktów. Dokumentacja ujawnia, że inwestycja nie tylko nie oddaje przestrzeni, ale agresywnie ją zabiera. Decyzją ze stycznia 2025 roku, główny budynek hotelowy, rosnący na tyłach Miastoprojektu, został znacząco powiększony. Jego powierzchnia zabudowy wzrosła z 1145 m² do 1545 m², a szerokość budynku zwiększono o prawie 13 metrów – z 20,5 m do 33,2 m. Inwestor, który wycina 29 drzew i poszerza kubaturę budynku o dodatkowe 400 m², jednocześnie poucza mieszkańców, że zabranie im parkingu to „ekologia”.

Jest w tym historyczna ironia, której zdają się nie dostrzegać ani urzędnicy, ani inwestorzy. Jak już wspominaliśmy, Gmach przy Kraszewskiego 36 to nie jest anonimowy biurowiec. To historyczna siedziba Miastoprojektu. To tutaj, przy deskach kreślarskich pokoleń architektów, w tym wybitnego modernisty Józefa Gołąba, projektowano powojenny Kraków. Dziś, ten symbol myśli urbanistycznej, w której centrum stał mieszkaniec, jest zamieniany w luksusowy hotel dla globalnej elity. A proces ten odbywa się przy całkowitym podeptaniu zasad urbanistyki i dialogu społecznego. Tak to już jest w tym naszym Krakowie, można się śmiać, można żartować, ale… ile można?

Robert De Niro szanowany za swój wybitny dorobek aktorski jest również znany ze swojego społecznego zaangażowania. Walka o prawa uciskanych i wyzyskiwanych jest ważnym elementem jego aktywności społecznej. Często działa i wypowiada się bezkompromisowo w obronie słabszych. Być może on sam okazał się w tej sytuacji „największym jeleniem”, kiedy drapieżny kapitał wykorzystuje bezwzględnie jego wizerunek, by zdobyć przychylność łasych na światowy splendor zakompleksionych władz lokalnych? Może warto, żeby ktoś powiedział Panu Robertowi bezpośrednio jakie działania wobec lokalnej społeczności są podejmowane także w jego imieniu. W czasach globalnej wioski to nie powinno być zbyt trudne. I może „wszystkie jelenie” tym razem ocaleją.