GłOŚNO, GŁOŚNO, CORAZ GŁOŚNIEJ, CZYLI „NIEDOSTOJNY JUBLIAT”

Kilkuset mieszkańców z dzielnicy Zwierzyniec, toczy mozolną i wyczerpującą batalię o możliwość spokojnego snu, która jest elementarnym prawem każdego krakowianina. Źródłem konfliktu stały się między innymi imprezy z muzyką techno, organizowane na dachu Domu Handlowego Jubilat.

Wibracje basów są tak intensywne, że mieszkańcy sąsiadujących kamienic przy Krasińskiego zmuszani są do prawdziwej partyzantki – spania w wewnętrznych pomieszczeniach, często w przedpokojach, uciekając przed agresywnym basem czy światłami stroboskopów. Niektóre imprezy były tak głośne (poziom nagłośnienia mierzony przez mieszkańców przekraczał 80 dB i był opisywany przez aplikację jako „dźwięk młota pneumatycznego”), że było je słychać od pętli na Salwatorze przez Dębniki po Grzegórzki. 

W obliczu wielokrotnych interwencji służb (Policja i Straż Miejska odnotowały do kilkunastu zgłoszeń zakończonych głównie pouczeniami), reakcja biznesu stała się symbolem ostentacyjnego lekceważenia. Organizator imprez, zamiast inwestować w wyciszenie, przesłał skarżącym się sąsiadom zatyczki do uszu i herbatkę, co zostało przez mieszkańców odebrane jako demonstracja wyższości i pogardy.

W mediacje włączył się tzw. Nocny Burmistrz, obiecując wizje lokalne, modyfikacje oświetlenia stroboskopowego i montaż kurtyn dźwiękowych. Jednak dotychczasowe efekty działań aparatu miejskiego są znikome. Ludzie jak nie mogli spać, tak nie mogą spać nadal. Aleksander Miszalski w towarzystwie urzędników i wspierających radnych ogłosił we wrześniu w mediach „dżentelmeńskie porozumienie” z najemcą. Niestety cała para poszła w gwizdek. Imprezy trwają nadal podobnie jak zgłoszenia na policję. Po raz kolejny PR-owe obietnice urzędującego prezydenta miasta okazały się nic niewarte. Choć zastanawia fakt, dlaczego prezydent dużego miasta próbuje się nieskutecznie dogadywać z “przypadkowym przedsiębiorcą” zamiast po prostu skorzystać z siły aparatu administracyjnego i skutecznie wyegzekwować prawo? Czyżby kolejne ognisko słynnej „epidemii kolesiostwa”? 

W praktyce nasze miasto stawia na jednorazowego, nocnego klienta, a koszty tego wyboru przerzuca na krakowskie rodziny. Jak wspomniał jeden z chcących zachować anonimowość policjantów „miasta nie obchodzą mieszkańcy”, a służby mają związane ręce.