Choinka za 147 tysięcy. Kto bogatemu zabroni?

Władze Krakowa chciały zafundować mieszkańcom najdroższe zapalenie choinki w historii, wyceniając tegoroczną imprezę na astronomiczną kwotę 147 tysięcy złotych. To trzykrotność sumy, którą miasto wydawało w latach ubiegłych, gdy koszt ten oscylował w granicach 40-50 tysięcy złotych. Choć po medialnej burzy prezydent nakazał cięcia, niesmak i pytania o priorytety urzędników pozostały.

Informacja o planowanym wydatku zelektryzowała radnych, zwłaszcza w kontekście powszechnych cięć budżetowych. Michał Drewnicki z PiS nie krył oburzenia, punktując absurd sytuacji: miasto obcina fundusze na szkoły i zajęcia dla dzieci, a jednocześnie lekką ręką planuje wydać blisko 150 tysięcy na jednorazowy event. Jeszcze bardziej obrazowe porównanie przedstawił Łukasz Gibała, lider klubu „Kraków dla Mieszkańców”. Wyliczył on, że kwota, którą lekką ręką chciano przeznaczyć na błysk fleszy pod choinką, wystarczyłaby na sfinansowanie około 200 godzin pomocy psychologicznej dla dzieci i młodzieży. W mieście, w którym dostęp do specjalistów jest utrudniony, takie marnotrawstwo zakrawa na cynizm.

Dopiero pod presją radnych i mediów prezydent Aleksander Miszalski „zainterweniował”, nakazując renegocjację kosztów i powrót do stawek z lat ubiegłych. Pytanie jednak brzmi: dlaczego w ogóle ktoś w magistracie wpadł na pomysł, by w czasach kryzysu przepłacać trzykrotnie za imprezę? Czy gdyby nie interwencja radnych, 100 tysięcy złotych poszłoby z dymem w jeden wieczór, podczas gdy w mieście panuje powszechna drożyzna?