Bożonarodzeniowe jarmarki tylko dla zagranicznych turystów

Zapach grzanego wina miesza się tu z zapachem drogich perfum, a blask świątecznych iluminacji przygasa jedynie przy blasku cenników. Krakowski Jarmark Bożonarodzeniowy, niegdyś miejsce sąsiedzkich spotkań, zamienił się w ekskluzywną strefę ekonomiczną. W tym roku granica przyzwoitości została wystawiona na ciężką próbę. Odwiedziliśmy stoiska, by na własne oczy sprawdzić ceny. Wniosek? Zwykły obiad na papierowej tacce kosztuje tu tyle, co wizyta w renomowanej restauracji. I choć mieszkańcy mogą liczyć na rabat, trudno oprzeć się wrażeniu, że we własnym mieście stajemy się turystami, których nie stać na bilet wstępu do świątecznej bajki.

Tegoroczna edycja jarmarku na Rynku Głównym wystartowała z rozmachem i potrwa aż do 1 stycznia 2026 roku. Jednak entuzjazm szybko gaśnie, gdy spojrzymy na menu. Postanowiliśmy skomponować przykładowy, sycący zestaw obiadowy dla jednej osoby, bazując na cenach spisanych bezpośrednio z tablicy menu podczas naszej wizyty. Wybór padł na klasykę grilla, ale w wydaniu „premium”. Oto nasz paragon grozy:

  • Stek wieprzowy: 55 zł
  • Frytki (dodatek): 20 zł
  • Kapusta zasmażana (dodatek): 20 zł
  • Coca-Cola: 15 zł

SUMA: 110 złotych.

Sto dziesięć złotych za jednoosobowy posiłek, jedzony często na stojąco, w tłumie i na jednorazowych naczyniach. To kwota, za którą w wielu krakowskich restauracjach można zjeść pełny obiad z obsługą kelnerską i białym obrusem. Jeśli do naszego zestawu dorzucimy jeszcze ogórka kiszonego (koszt: 5 zł), rachunek rośnie do absurdalnych rozmiarów. Jedynym „gestem łaski” ze strony sprzedawców jest chleb – ten, jak głosi cennik, dodawany jest w cenie. W krakowskich realiach AD 2025 to chyba jedyna darmowa rzecz na Rynku.

Analiza pozostałych pozycji nikomu niestety nie poprawi nastroju. Prawdziwym rekordzistą jest golonka, za którą trzeba zapłacić aż 60 złotych. Nawet zwykła kiełbasa, symbol prostego, jarmarkowego jedzenia, kosztuje tu 45 złotych. To niewiele mniej niż donosiły media piszące o kiełbasie za 50 zł. Najbardziej bulwersujące są jednak ceny dodatków i napojów. Zwykła butelka wody kosztuje 10 złotych. Porcja pieczarek do mięsa to wydatek rzędu 20 złotych.

Skromny rabat niczego nie zmienia

Dla dziennikarskiej rzetelności trzeba jednak dodać, że organizatorzy jarmarku dostrzegli problem wykluczenia mieszkańców. Posiadacze Karty Krakowskiej mogą liczyć na 10-procentową zniżkę u wybranych wystawców. To ważny gest, który ma pokazać, że miasto pamięta o swoich podatnikach. Pytanie tylko, czy ten rabat realnie zmienia sytuację? Przy naszym przykładowym zestawie za 110 zł, zniżka wynosi 11 złotych. Ostateczny rachunek to wciąż 99 złotych za obiad na plastikowym talerzyku. Dla czteroosobowej rodziny z Krakowa, nawet po okazaniu wszystkich kart lojalnościowych, wyjście na jarmark wciąż oznacza wydatek rzędu 300-400 złotych. Zniżka jest więc jak plaster na otwarte złamanie – miła, ale nie leczy problemu systemowej drożyzny.

Turysta we własnym domu

W całej historii najsmutniejsze nie są już nawet absurdalne ceny kiełbasy czy kapusty – gdyby krakowianom z roku na rok żyło się coraz lepiej, a wypłaty szybowały do góry, nikt specjalnie nie przejmowałby się cenami na Rynku Głównym. Fakty są jednak takie, że wszystko drożeje, a w kieszeni zostaje coraz mniej, więc pojawia się dojmujące uczucie bycia obcym we własnym mieście. Krakowski jarmark, który powinien integrować mieszkańców i budować świąteczną atmosferę, stał się produktem eksportowym, skrojonym pod portfel turysty z Zachodu.

Mieszkaniec Krakowa, spacerując między straganami, może poczuć zapach cynamonu i goździków, może podziwiać piękne dekoracje, ale coraz rzadziej może sobie pozwolić na to, by stać się częścią tego wydarzenia. Osławiona „magia świąt” została schowana za barierą finansową. Możemy patrzeć, jak inni się bawią, jak jedzą i piją grzańca za 40 złotych, ale sami – nawet ze zniżką w kieszeni – czujemy się jak statyści na bogatym planie filmowym. To gorzka refleksja na ten radosny czas: w Krakowie nawet tradycja stała się towarem luksusowym.